frustratorium blog

Twój nowy blog

Cudownie by było, gdyby pamiętali o tym również członkowie Episkopatu, parlamentarzyści oraz obywatele, którzy podpisali się pod projektem zmiany tzw. kompromisu aborcyjnego. Krótko: chodzi o to, by zakazać (także karnie) usuwania ciąży w ogóle. By wyciąć nawet te żałośnie marne wyjątki, takie jak ciąża będąca efektem zgwałcenia, konieczność wyboru między życiem matki a płodu czy ciężkie, nieodwracalne uszkodzenie tegoż płodu. W praktyce usiłuje się Polsce zafundować kolejny cios katotalibanu, z niego głównie bowiem płyną emocjonalne frazesy o zabijaniu dzieci czy traktowaniu zlepka komórek bez układu nerwowego na równi z żyjącym i cierpiącym człowiekiem.
Trzy wyłomy w prawie totalnym zakazie to żałośnie mało na tle Europy czy świata. Do tego dochodzi jeszcze utrudnienie w postaci lekarzy zapominających oddzielić swą pracę i swe obowiązki od własnych poglądów. Patrz np. sprawa Alicji Tysiąc. Proste – jeśli kobiecie przysługuje prawo do usunięcia efektu napaści seksualnej i przychodzi z tym do właściwego rzeczowo lekarza, to lekarz ma wykonać zabieg. To jest w jego obowiązkach. Jeśli nie jest w stanie pogodzić swych powinności lekarskich z własnym światopoglądem, to trzeba było wybrać coś innego zamiast ginekologii i położnictwa, albo w ogóle inny zawód. Poza tym jeśli mamy do czynienia z lekarzem, to przede wszystkim spodziewamy się osoby POSIADAJĄCEJ ODPOWIEDNIĄ WIEDZĘ MEDYCZNĄ, nie jakiegoś znachora czy szarlatana. Dalej – osoba ta oprócz fachowego przeprowadzenia zabiegu zdolna będzie do udzielenia rzetelnej pomocy medycznej w dalszym zakresie – porady, odpowiednie leki itp. Nadto zabieg odbędzie się we właściwych warunkach, nie chałupniczo, gdzie kobiecie grozić może jakieś zakażenie, kalectwo lub nawet śmierć. Legalna aborcja oznacza, że zdesperowana i wystraszona kobieta nie będzie musiała uciekać się do usług tzw. podziemia aborcyjnego, które w praktyce może być rosyjską ruletką.
Czy tzw. „obrońcy życia” to rozważyli? Może tak, może nie. Wątpię jednak, by rzeczywiście to zaprzątało ich myśli. Dla nich sprawa jest prosta – aborcja to zabójstwo i tego należy zakazać, a wszelkie takie przypadki tępić bezlitośnie. Wątpliwości męczą i bolą, spowalniają i są po prostu niewygodne, dlatego unika się ich jak ognia. Podobnie jak niewygodnych aspektów tego rozległego i trudnego tematu. W zasadzie dyskusja w tej materii omija kwestie prawno-medyczne, bo w nich większość społeczeństwa ma żałośnie mało do powiedzenia. Kwestie etyczno-moralne, to już większe pole do popisu. Każdy sądzi według siebie, a przynajmniej sądzić powinien, natomiast mało kto spróbował postawić się, chociaż w wyobraźni, w sytuacji kobiety zgwałconej lub mogącej umrzeć wskutek ciąży czy urodzić dziecko niezdolne kiedykolwiek do samodzielnej egzystencji. Wyobraźnia, oprócz empatii i tolerancji, to jeden z wielu towarów wybitnie deficytowych w polskim, konserwatywnym społeczeństwie. Także oprócz poszanowania prawa innych do decydowania o własnym ciele.
Katolicki ksiądz nie stanie nigdy bezpośrednio przed dylematem – usunąć czy urodzić, bo reguły kapłaństwa nawet nie pozwalają mu na uprawianie seksu, nie wspominając o zakładaniu rodziny. Moherkowe babcie dawno za sobą mają wiek pozwalający zajść w ciążę. Facet jako taki, w tym niżej podpisany, w zasadzie jest tu dawcą nasienia i nie w jego organizmie rozwijać się będzie przedmiotowy płód. Oczywiście może i powinien udzielić wsparcia swej partnerce, natomiast ostateczna decyzja powinna należeć do kobiety. I nie należy odbierać jej tej decyzji. W praktyce bowiem skazuje się ją wtedy na bycie po prostu żywym inkubatorem – masz urodzić i koniec, nieważne, jak ci z tym ciężko.
Co zaś do samej kontroli stanu bycia lub niebycia rodzicem – jest cała masa środków antykoncepcyjnych, począwszy od zwykłej lateksowej prezerwatywy, poprzez kalendarzyki, kapturki, globulki i pigułki, na sterylizacji kończąc. Zawsze również można wieść życie mnicha lub czekać do ślubu, ale załóżmy, że myślimy o ludziach bardziej aktywnych seksualnie. Wówczas jest antykoncepcja – do wyboru, do koloru. Aborcja to jednak inwazyjny zabieg, co samo w sobie obciąża ludzki organizm. Jest też coś takiego jak Okno Życia. Są adopcje, jest w Polsce sporo par bezskutecznie usiłujących spłodzić potomstwo. Tym samym aborcja to w zasadzie ostateczność, niemniej kobieta powinna mieć do tego prawo. Odbieranie jej takiej możliwości nie tylko oznacza kolejny cios ze strony patriarchalnej, mizoginistycznej i zacofanej religii, ale przyczynia się również do wielu tragedii rodzinnych, także dla tego dziecka, o którego dobro tak troszczą się patroni nieszczęsnego projektu nowelizacji.
Szkoda tylko, że na dobrą sprawę troszczą się do momentu porodu, bo mało który z radykalnych przeciwników aborcji potrafi i chce udzielić odpowiedzi na pytanie, jak i za co wychować to dziecko. Do zakazu usuwania ciąży pierwsi, potem – głowa w piasek. Między innymi z tego względu trudno takie osoby uznawać za posiadaczy sensownego poglądu w sprawie. Ale to powszechnie wiadomo.

Nie znoszę, gdy politycy bez żenady łaszą się do kleru, żerując na konformizmie wyborców i jawnie licząc na wsparcie w ramach transakcji wymiennej. Mam wtedy wątpliwości, komu i czemu tak naprawdę służy osobnik mieniący się „funkcjonariuszem publicznym” albo aspirujący do tej funkcji. Pomijam już dywagacje na temat, czy autorytet i wpływ kleru w Polsce jest zasłużony – na chwilę obecną księża stanowią tu znaczną siłę społeczno-polityczną i niektórzy bardzo chcą ją wykorzystać. Tyle że o poparcie i uwagę można zabiegać niekoniecznie przez obrzydliwe lizusostwo. Z drugiej strony desperacja wiele wybaczy…
Jan Filip Libicki (PJN, niedawno PiS) chyba musi być zatroskany miernymi szansami jego nowej ekipy na wejście do Sejmu, w tym swoimi na znalezienie się w gronie szczęśliwców z mandatem. Ruszył więc w rejony, gdzie łatwo się wypowiedzieć i gdzie nie zadają niewygodnych pytań o szczegóły czy kompetencje. Do obozu radiomaryjnego. Pamiętny tego, że pisowcy przed radiowcem z Torunia kłaniają się nisko, on musiał pochylić głowę jeszcze niżej. I tak zapewne popełnił list do Rydzyka, w którym nazywa go „przewielebnym ojcem” i prosi o łaskę w postaci zaproszenia do Radyja, aby tam wypowiedzieć się o projekcie ustawy medialnej. Wspomina też o jego rzekomych zasługach dla ochrony życia w Polsce (jak to było: „ty czarownico…” i takie tam). Ogólnie poseł kadzi redemptoryście tak mocno, że trudno ocenić, czy te wysiłki są bardziej obrzydliwe, czy śmieszne i żałosne.
Na pewno nieskuteczne, bo PiS light jest zbyt słaby, aby toruński guru miał go popierać. Pewnie nawet nie wejdzie do Sejmu, w odróżnieniu od PiS. Poprzednia partia młodego Libickiego nawet z dala od steru władzy jest w stanie dać kapłanowi dużo więcej, niż kluzikowcy. Rydzyka co najwyżej rozśmieszy łatwość, z jaką poseł może płaszczyć się przed nim w oczekiwaniu na grant. On lubi pokłony, ale dobrze wie, z czego to wynika – z desperacji i strachu o stanowisko. Libicki z kolei zdaje sobie sprawę, że poważnym wsparciem dla PiS jest właśnie radiomaryjny obóz medialny, dlatego szuka szczęścia właśnie tam. Problem w tym, że nic z tego nie wyjdzie.
Wybory coraz bliżej i niektórzy z przyszłych kandydatów zaczynają mieć świadomość marnych szans na uzyskanie mandatu. Panika przedwyborcza, interesowność, koniunkturalizm, cwaniactwo, serwilizm, podłość – wiele takich rzeczy da nam przed jesienią jeszcze dużo takich średnio przyjemnych spektakli pod hasłem „zrobię dużo dla mandatu”. Szkoda, że chcąc nie chcąc, dane nam będzie większość z nich ujrzeć.

Świat się wali na głowę Jarosławowi Kaczyńskiemu. Przegrane wybory prezydenckie zepchnęły jego partię do roli izolowanej opozycji, wsparcia w postaci brata już nie ma, za pasem kolejna elekcja, co do której nawet lojalni partyjniacy (np. Kurski) spodziewają się przegranej, PR-owcy i spindoktorzy odchodzą z wyrzuconymi aniołkami, a śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej nijak nie chce pójść torem preferowanym przez prezesa, czyli obarczającym rząd Tuska winą za zdarzenie. Jak nie idzie, to nie idzie na całego. Dlatego też prezes K. postanowił błagać o pomoc Wielkiego Brata zza Wielkiej Wody, wysyłając tam swoich asów – Antoniego „śledczego” Macierewicza oraz Annę „hardcore negotiator” Fotygę. Ta oto dwójka miała amerykańskim kongresmenom przekazać list od prezesa, w którym prosi on o pomoc w śledztwie. Dokładniej – chce, by USA zażądało międzynarodowej komisji, która miałaby wyjaśniać zdarzenie.
W Polsce obgadano wyprawę dosyć solidnie, zanim jeszcze ludzie prezesa wsiedli do samolotu. Padły słowa o zdradzie i skandalu. Gadano, zastanawiano się… minister Sikorski stwierdził, że nie wyobraża sobie, by ktoś używał katastrofy smoleńskiej do polityki. Rzeczywistość od siedmiu z górą miesięcy przebija wyobraźnię ministra, bo właśnie tak się dzieje. Niemniej jak na razie z wizyty wychodzi wielkie nic.
Republikański kongresmen Peter T. King, który popierać miał projekt rezolucji w sprawie międzynarodowej komisji (z projektu, jak można się łatwo domyślić, nici), nagle nie kwapi się do spotkania z Macierewiczem i Fotygą. O innych w ogóle się nie mówi, a jedna jaskółka wiosny nie czyni – inna sprawa, że nawet tej jednej już nie ma. Powód? Wybory do Izby Reprezentantów już się odbyły, a King wygrał w swoim okręgu wyborczym. Od 02.11.2010 r. ma chwilowy spokój z zapewnieniem sobie miejsca w Kongresie, więc poparcie polonijnego elektoratu PiS nie jest mu już potrzebne. Macierewicz spisał się dobrze, jadąc do Stanów i wzywając Polonię, aby głosowała na ludzi popierających rezolucję, w tym na Kinga. Mandat zapewniony. Ponownie wybrany członek Izby Reprezentantów mógłby chociaż podziękować wielkiemu śledczemu, ale musiałby się z nim spotkać i jednocześnie omówić kuriozalny list Kaczyńskiego, który domaga się od obcego kraju wtrącenia się w cudzą sprawę. W to kongresmen najwidoczniej mieszać się nie chce, bo spotkanie z delegacją PiS jest jedną wielką niewiadomą.
To był główny punkt zaczepienia błagalnej wycieczki. Nie wychodzi i sporo wskazuje na to, że nie wyjdzie. Wizyta na uczelni im. Ignacego Loyoli z republikańskimi studentami też została odwołana. Trzeba się ratować spotkaniem z Polonią, najlepiej w jakiejś parafii, bo tam jest największa szansa trafienia w elektorat. Tyle że przekonywanie przekonanych oznacza jak zwykle marnowanie czasu. Mniejsza już z tym, że nawet jak na nagrodę pocieszenia jest kiepsko.
Naiwna wiara Jarosława Kaczyńskiego w pomoc ze strony USA okazała się bezpodstawna. Wielki Brat nie zamierza kiwnąć palcem, by cokolwiek zrobić dla byłego premiera, a już na pewno nie ma żadnego interesu w psuciu sobie relacji z Rosją przez mieszanie się do nie swoich spraw. Macierewicz i Fotyga polecieli na próżno, nie zdziałali i nie zdziałają nic. To było wiadomo od samego początku, ale czy taka świadomość w ogóle dotarła do kogoś z tej dwójki lub prezesa, nie wspominając już o skutecznym powstrzymaniu się od samoośmieszenia? Oczywiście, że nie. Wysłannicy wrócą z niczym, a liderowi PiS zostaje coraz mniej możliwości, by sprawę katastrofy z 10 kwietnia stosować jako polityczny oręż. Pamiętajmy jednak, że desperacja potrafi zrodzić jeszcze większe bzdury niż list, w którym poseł żali się obcemu krajowi na własne państwo.

Żyję tu. Jestem tu, mieszkam. Tu się urodziłem, tu dorastałem, tu planuję swoją przyszłość. Tu nauczyłem się mówić, chodzić, słuchać, dawać, dostawać, przekazywać, tworzyć, przetwarzać… żyć. Istnieć. Nie musiało i nie musi tak być.
Ojczyzna – cóż to jest takiego? Geograficznie wyznaczone miejsce, które niby ma człowieka definiować, ma go wiązać? Nie każdy to lubi, akceptuje; nie każdy czuje się związany i nie wszyscy te więzy utrzymują. Czy to są więzy, czy może więź? Okowy czy most? A jeśli to drugie – do czego?
To jest kraj, z ktorego pochodzę, którego kultura i język są pierwszymi tego typu, jakie zdarzyło mi się w życiu poznać. Być może poznam parę albo mnóstwo innych. Ale jest ta główna kultura, którą się żyje i ta główna mowa, w której myśli się samemu do siebie, gdzie nikt inny nie ma dostępu. Mój intymny wewnętrzny świat jest po polsku.
Poza tym zobaczyłem kawał świata zewnętrznego, zarówno w moim macierzystym kraju, jak i poza jego granicami. Co to jest kraj macierzysty? Czy to jest szufladka, czy może miejsce darzone szczególną sympatią?
Cywilizacja tu jako tako stoi. Rozrywki są. Klimat w miarę OK. Zasoby – w porządku. Walory wizualne – bywa różnie, ale generalnie da się wytrzymać. Poziom psychicznej swobody – też w miarę dobry. W sumie podoba mi się to miejsce. Odnajduję się tu. Chcę tu być i chcę być częścią tego miejsca. Chcę się przyczyniać do jego dobra. To zresztą robię. Tu się spełniam, jako mężczyzna, jako człowiek i jako przedstawiciel swojej grupy zawodowej.
Czy mógłbym się spełnić w innym miejscu? Możliwe. Czy mógłbym mieć lepiej? Gdybym się postarał, pewnie tak. Dałbym radę trafić tam, gdzie jest cieplej, czyściej, drogi są lepsze, ludzie ogólnie milsi, kobiety piękniejsze, jedzenie smaczniejsze, możliwości większe, a sport (futbol zwłaszcza) stoi na wyższym poziomie. Znam parę takich zakątków, nie tylko z wyobraźni czy telewizji. Co mnie powstrzymuje? Bariera językowa i geograficzna są do pokonania, kontakty z ludźmi można nawiązać nowe, a stare da się utrzymać. Coś mnie tu jednak trzyma i nie żelaznymi okowami. Chyba jednak mostem, który wyrósł przez te wszystkie lata między mną a tym miejscem i zamieszkującą je wspólnotą osób. Tu mi dobrze, tu chcę działać i działam. Czasem bywa pod górkę, czasem boli, czasem ogarnia mnie zwątpienie, czasem mój wysiłek nie daje efektu. Czasami bez powodu dostaję kopa w tyłek, aż zadzwonią mi zęby. Czasem chce się po prostu siąść i wyć z żalu albo po prostu przestać istnieć. Czasem jednak dostaje się promyczek szczęścia, uśmiech losu (lub drugiego człowieka), spodziewaną, należną i zasłużoną (lub przypadkową) nagrodę. Czasem człowiek czuje, że jednak warto było. Niekiedy jest pięknie i wspaniale. Bywa dziwnie, chaotycznie, nieprzewidywalnie… ciekawie. Jestem tego wszystkiego częścią. I chcę nią być. Przyczyniać się do dobra tej całości i kształtować ją według swych marzeń i potrzeb. Bo mogę.
Czy kocham Polskę? Chyba… tak.

Ostatnimi czasy trwa w Polsce, oprócz sporu o upamiętnienie Brata Swego Brata, także (po cichu i z boku, ale jednak) dyskusja o miejscu w Polsce Kościoła Rzymskokatolickiego czy w ogóle religii i związków wyznaniowych. Jak to w tym kraju bywa, prawo sobie, a życie sobie. Teoretycznie mamy państwo neutralne światopoglądowo, w praktyce katolicyzm i jego kapłani dominują nad przedstawicielami innych wyznań, chociażby z tego powodu, że stosunki ich kościoła z Rzecząpospolitą Polską reguluje umowa międzynarodowa ratyfikowana za zgodą Sejmu wyrażoną w ustawie, a nie (jak u reszty związków wyznaniowych) ustawa. Różne msze, gmachy, uroczystości… za dużo tego kleru jak na konstytucyjnie świeckie państwo i przewaga liczebna katolików nie ma tu znaczenia. Neutralność światopoglądowa państwa wymaga, by religia była odseparowana od władzy. Gorzej, gdy sama władza nie chce takiego rozdziału.
Minister  ds. równouprawnienia Elżbieta Radziszewska pracowała nad ustawą, mającą zaimplementować do polskiego prawa unijne przepisy w kwestii równouprawnienia właśnie. Okazało się niedawno, że pani minister, nie wiedzieć czemu, spytała episkopat o zdanie w tej materii. Po co? Chyba tylko ona sam wie. Episkopat usiłował grać rolę zespołu ekspertów, ale wyszło to tej instytucji dość nieudolnie. Mianowicie kler zaleca Radziszewskiej zaniechanie prac nad projektem. Ustami zastępcy sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski ks. dra Jarosława Mrówczyńskiego boi się „podporządkowania Polski bliżej nieokreślonym naciskom” – o co, poza bliżej nieokreślonymi lękami, chodzi, ciężko orzec. Sam Kościół nie potrafi sprecyzować, jakie „zło” pociągnie za sobą regulacja równouprawnienia (czyli przeciwdziałania dyskryminacji), a mimo to zaleca członkowi rządu zaniechanie wdrożenia unijnego prawa. Za brak takiej regulacji Polskę mogą spotkać w przyszłości kary finansowe, zwłaszcza gdy ktoś się będzie skarżył na ów brak, ale episkopatu to nie obchodzi. Nieświadomość czy lekceważenie tego faktu, wychodzi na to, że (co zresztą jest w miarę oczywiste) księża, jako eksperci od znajomości tzw. świętej księgi, ustanawianych przez siebie religijnych zasad i rzadko kiedy czegoś więcej, w roli opiniodawców projektu ustawy są równie (nie)kompetentni co pierwsza lepsza baba z targu. Przy okazji wychodzi coś jeszcze, ale to też raczej nikogo nie zdziwi – mianowicie to, że kler na równouprawnienie patrzy krzywym okiem. A jak niby ma patrzeć wyznanie, które od wieków zarówno we szeregach ludzi kościoła, jak i w życiu wyznawców, odmawia pełni praw kobietom? Na stosunek KRK do ludzi z innym światopoglądem spuśćmy zasłonę milczenia.
Tak czy inaczej, Radziszewska spytała katokler o zdanie. Pani minister wykręca się teraz, że opinia episkopatu „nie miał żadnego wpływu na prace nad ustawą, była niemerytoryczna”. Skoro tak, po co w ogóle pytano o zdanie grupę, której opinia nie ma żadnego znaczenia?
Sojusz Lewicy Demokratycznej, środowiska feministyczne i sporo innych organizacji pozarządowych domaga się odwołania Radziszewskiej ze stanowiska. W sumie słusznie, ustawa powstaje bowiem aż od pięciu lat i dalej jest w fazie opracowywania, a nie czytań i głosowania. Marnowanie pieniędzy i czasu podatników na „niemerytoryczne” opinie nie powinno mieć miejsca, zaś fakt, że o taki głos w ogóle się zwrócono, sugeruje, że pani minister nie ma za bardzo pojęcia o swej dziedzinie. Pół biedy, że dzięki medialnemu szumowi uwagi kleru do projektu nie trafią, ale sama sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca. Elżbieta Radziszewska na dobrą sprawę postawiła się w jednym szeregu z Jarosławem Kaczyńskim, który w debacie kandydatów na Prezydenta na pytanie o regulacje w zakresie in-vitro zasłonił się swoim katolicyzmem. Jeśli pani minister chce spytać o zdanie księdza, niech nie robi tego w odniesieniu do spraw państwowych lub w ramach swej funkcji. Tym bardziej, że swą opinią kler udowodnił, jak bardzo nieprzydatny jest do tego typu rzeczy.

Termin wyborów znamy, jasne są też daty, stanowiące cezury wyborcze. W najbliższy poniedziałek komitety muszą być już zgłoszone, a rejestracja musi być podparta tysiącem podpisów. Z kolei na zebranie stu tysięcy jest dwa tygodnie. Ludzi powoli poznajemy, już nie jest sam jeden Marszałek. PSL wystawił Pawlaka, SLD Napieralskiego wsadziło na tykającą bombę wyborczą. A PiS? Czeka, a czas leci…
Na sobotę planowane było posiedzenie Rady Politycznej PiS, która (zgodnie z przepisem art. 17 pkt 6 statutu tej partii) posiada kompetencje do wyboru „kandydata PiS na urząd Prezydenta RP”. Okazuje się jednak, iż posiedzenia nie będzie, bo odbywać się będą ostatnie pogrzeby członków ugrupowania, którzy stracili życie 10-go kwietnia br.
No to chwila, co w takim razie z kandydatem, skoro Rada nie zbierze się? Ostateczny termin rejestracji komitetu wyborczego upływa już za cztery dni i potem będzie za późno. Gdzie jest nazwisko? Możliwości są trzy: albo jakiś zapis w statucie pozwala prezesowi na zignorowanie ciał kolegialnych i podjęcie decyzji samodzielnie, albo prezes podetrze się statutem… Prawa i Sprawiedliwości (co byłoby wyjątkową ironią losu), albo też… kandydata PiS zabraknie. Ta trzecia możliwość wydawała się jeszcze nie tak dawno temu nieprawdopodobna, ale teraz sporo wskazuje na to, iż tak może być. Sondaże ukazały, iż nie udaje się na razie przekuć fali współczucia na poparcie polityczne, kampania mitologizacyjna Brata Swego Brata też nie przynosi zbytnich efektów. To, że niektórzy dalej przepraszają za to, iż „skrzywdzili Lecha Kaczyńskiego (czym? Myślozbrodnią, polegającą na ocenianiu Prezydenta inaczej niż frakcja jego brata w mediach?), nie oznacza jednak, iż coś z tego wyniknie. Badania opinii publicznej, prowadzone także na zlecenie PiS, pokazują bowiem, iż może i Jarosław Kaczyński byłby najsilniejszym kandydatem PiS, ale z Marszałkiem Sejmu i tak przegrałby sporo. Inni – nawet szkoda gadać. Komorowski zmiażdżyłby ich z łatwością. Wychodzi na to, iż PiS-owi potrzebne będzie coś więcej niż „parę zdjęć w sepii ze smutnymi oczami”.
A nawet wtedy, kiedy Lech Kaczyński żył, PiS stawiał na wyborczej szali praktycznie wszystko. Utrata prezydenta powodowałaby, iż to ugrupowanie traciłoby większość wpływu na politykę państwa. Bez weta i swego najgłośniejszego przedstawiciela PiS ograniczałby się do działań parlamentarnych, gdzie szybko mógłby zostać poddany izolacji. Platforma posiada bowiem możliwości, by pisowskie projekty ciąć równo z trawą, a przepuszczać swoje. Do tego niedługo wybory parlamentarne… strata ostatniego bastionu, jakim był Pałac, w zasadzie rozłożyłaby partię Kaczyńskiego. Gdyby jeszcze stało się to wskutek przegranej człowieka PiS z człowiekiem PO, to wszechwładza Jarosława mogłaby się mieć ku końcowi, tak samo jak nadzieje na odegranie jeszcze jakiejś roli „na górze”. Fizyczna nieobecność Lecha Kaczyńskiego mocno przybliża ten scenariusz.
Z drugiej strony, lider PiS to człowiek prawie 61-letni. Jego kariera polityczna i tak jest bliższa końca niż początku. Najzwyczajniej w świecie jego czas mija, choćby z uwagi na długość życia ludzkiego. Na powrót do władzy w Sejmie PiS raczej nie ma wielkich perspektyw, chociażby ze względu na nikłą zdolność koalicyjną. Pomijam już kompletną jałowość programową i koncentrację na tzw. polityce historycznej kosztem przyszłości. Premierem Jarosław Kaczyński już nie zostanie. Powinien zatem iść po coś większego, czyli po posadę głowy państwa. Tylko tak ma szansę na coś więcej niż bycie szefem partii opozycyjnej. Zresztą on może najwięcej wycisnąć z pisowskiego wstecznictwa, a ze współczucia nikt inny nie zaczerpnie.
Na dwoje zatem babka wróżyła. Z jednej strony misja dziejowa i polityczna desperacja, z drugiej świadomość konsekwencji porażki, która też jest jednak bardzo realną opcją. Jeśli Kaczyński nie wystartuje osobiście, będzie mógł (musiał?) uzasadnić to żałobą po bracie, z tym że może mu to być poczytane za tchórzostwo, a Tadeusz Rydzyk byłby jednym z pierwszych, którzy sformułowaliby taki zarzut. Napór otoczenia z jednej strony, olbrzymie ryzyko z drugiej. I tak źle, i tak niedobrze.
Tak oto polityka historyczna zapędziła szefa PiS w kozi róg…

Islandzki wulkan wyrzucił z siebie chmurę pyłu i Europa osiadła na ziemi. Zagrożenie dla ruchu lotniczego stało się efektem zamknięcia przestrzeni powietrznej nad większością Europy Zachodniej, tym samym sporo gości, anonsujących się wcześniej na pogrzeb Prezydenta i Prezydentowej, po prostu nie przyleciało. Teoretycznie względy bezpieczeństwa.
W praktyce okazało się, że jak ktoś naprawdę chciał, to przybył. Niemiecki prezydent wziął helikopter i nim przyleciał do Polski. Jako jedyny z wielkich pojawił się Dmitrij Miedwiediew. Była delegacja z Maroka, Azerbejdżanu, Australiii… były i obecny prezydent Ukrainy też się pojawili. Sporo delegacji trafiło do Krakowa za pomocą… najzwyklejszego w świecie transportu lądowego. Last but not least, Prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili z USA trafił do Polski przez Portugalię, Włochy, Turcję, Bułgarię i Rumunię. Stamtąd już do Polski.
Nie należy wyciągać z tego pochopnych wniosków. To ani wina Tuska, ani Kaczyńskich. Pogrzeb to zdecydowanie nie jest sytuacja, przy okazji której spotkania mogą owocować jakimiś znaczącymi ustaleniami.
Nie po to się przybywa uczcić zmarłego w ostatniej drodze, by nad jego głową robić interesy. Kwestia szacunku. Może i jakieś wizerunkowe profity z obecności pewnych ludzi płyną (głównie dla nich), ale mało kto zachowuje się godnie na pogrzebie tylko po to, by go ludzie za ową godność chwalili. Zresztą takie zachowanie to w zasadzie minimum przyzwoitości, jakiej można wymagać od uczestnika czyjejś ostatniej drogi.
Dziwi zatem inicjatywa europosła PiS Marka Migalskiego, który za starania gruzińskiego prezydenta postanowił wysłać mu list dziękczynny. Dodatkowo, aby nie było, że jeden tylko europoseł wpadł na taką ideę, w Katowicach (gdzie Migalski ma biuro), zbierane są podpisy pod listem.
Chyba ponosi niektórych fantazja i puszczają hamulce. Chęć zaistnienia miażdży, jak widać, pokłady zdrowego rozsądku. Jeszcze praktycznie chwilę temu inny delikwent, Adam Bielan, chwalił się publicznie, jak to strzelił fotkę grobowca prezydenckiego, czyli w zasadzie zdjęcie z prywatnej części pogrzebu. Umieścił ją na twitterze i zaraz uznano to za taki nietakt (delikatnie rzecz ujmując – jeden z najbardziej dosadnych komentarzy to „dobrze, że przy identyfikacji zwłok nie pyknął fotki”), że Bielan zdjęcie usunął. I tak fotografie grobowca pojawiają się w mediach, niemniej trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu nie do końca wyczuł moment, w którym mógłby zaistnieć. Z Migalskim jest podobnie. Też się chce pokazać i też wychodzi kwas. Dodatkowo wychodzi, iż jego zdaniem mamy być wdzięczni Saakaszwilemu, że się pojawił. A czemu nie gościom z Azerbejdżanu, Maroka czy Australii – ci ostatni pół świata przelecieli? Albo czemu nie ma podziękowań dla prezydenta Rosji? Europoseł najwidoczniej dzieli gości na równych i równiejszych. Dobra, niech dziękuje w swoim imieniu. Niech dziękują wraz z nim ci, którzy zechcą. Ja nie uważam, by takie podziękowania za obecność na pogrzebie były stosowne. Tym bardziej tak nagłośnione medialnie. A muszą takie być, bo nie chodzi tu o podziękowania, tylko o Migalskiego.

Śmierć jest tragedią, oznacza też zmianę. Był człowiek, teraz go nie ma. Stanowisko z reguły da się obsadzić na nowo, osoby nie da się zastąpić. Śmierć zrównuje wszystkich, a jak się w jej obliczu zachowamy, wiele o nas mówi. Ciężko bowiem o równie mocno oddziałujące na psychikę zdarzenie.
Powiada się, iż „o zmarłych mówi się dobrze albo wcale”. Wiele mówi się i pisze o cierpieniach bliskich, żałobie, łączeniu się w bólu, kondolencjach… nieważne, co myślało się o zmarłym. Współczują wszyscy, albo chociaż udają współczucie. Podobnie jest z wypowiedziami na temat osoby, ktora odeszła. Pewnych rzeczy po prostu nie wypada mówić czy robić. Mnie osobiście trafia, gdy obserwuję swego rodzaju zaklinanie, polegające na wyrażaniu myśli, jak by przy takiej czy innej sytuacji zachował się zmarły.
Za chwilę skończy się żałoba narodowa i wrócimy do tzw. normy. Znikną czarne wstążki z ekranów i stron gazet, ruszą znowu wydarzenia rozrywkowe i w końcu przestanie się wypełniać wszystko śmiercią i grobowym nastrojem. Żeby mnie nikt źle nie zrozumiał – absolutnie nie kwestionuję ani samej zasadności ustanowienia załoby, ani długości jej trwania. Po prostu moja podświadomość nie może znieść aż takiego ładunku smutku i czerni, takiej ilości śmierci i powiązanych z nią tematów; woła, błaga wręcz o zmianę.
O zmianę, ale w trochę innym sensie, błagają też liczne głosy, które usiłują przepowiedzieć lub zakląć przyszłość. Te głosy mówią o nowej jakości, o większej merytoryczności, kulturze politycznej debaty, spokoju, mniejszej ilości konfliktów, większej koncentracji na interesie kraju jako całości i postrzeganiu przez polityków swych stanowisk jako służby narodowi, a nie służącej do obłowienia się fuchy. Kto by tego nie chciał? Każdy by tak chciał. Niestety, to naiwne mrzonki.
Myślenie życzeniowe, jak widać, ma w Polsce dalej świetlaną przyszłość. Niemniej w tym przypadku jest ono podszyte rozpaczą i zniechęceniem. Jest to rozpaczliwa, desperacka wręcz prośba o lepszą jakość życia politycznego. To w zasadzie pytanie: „Jeśli taki impuls nie spowoduje zmiany, to co?” i pytanie to wynika z realnej (cóż, że podszytej dziecięcą wręcz naiwnością) troski o to szambo, które w perfumerię się jednak nie zmieni. Co od samego początku żałoby było widoczne.
Nie było wyciszenia, zawieszenia broni, uspokojenia nastrojów. Przeciwnie, prawica rzuciła się do przekuwania współczucia dla zmarłych i ich rodzin w sukces polityczny. Na gorąco, kiedy jeszcze nie ostygły ciała ofiar. Kierując się (niestety, często akceptowanym) założeniem, iż im teraz wolno wszystko, zaś przeciwnicy polityczni pozwolą im na takie szarogęsienie się, bo nie wypada mówić źle o zmarłych. Ruszyła zatem masowa akcja wybielania załogi feralnego lotu i robienia im fałszywej legendy. Poleciały teorie spiskowe, dorzucono do kotła rusofobii – na szcżęście bez większych skutków. Koniecznie chciano coś tu ugrać. Dodatkowo ku mojemu zniesmaczeniu „niepolitycznych” pasażerów Tupolewa odstawiono na boczny tor, potraktowano jak gorszych ludzi. Niemniej politycy tylko nieco ciszej się żrą, kłócą i obrzucają błotem. To dalej trwa, toczy się polityczna wojna na jeszcze niepochowanych ciałach smoleńskiej katastrofy.
I jeszcze ten Wawel. O miejsce spoczynku królów i wieszczów toczą się wyjątkowo zażarte boje. Nikt się nie chce przyznać do autorstwa tej decyzji; episkopat i otoczenie żyjącego bliźniaka nawzajem się o to oskarżają, przerzucają się tym jak gorącym ziemniakiem – wstydzą się tego. Liczyli na oklaski za wspaniałomyślność i dumę z tej rewelacyjnej idei? Błąd. Błyskawicznie wyszło, iż osiągnięto skutek odwrotny do zamierzonego i zamiast się chełpić pomysłem, trzeba się z nim kryć. Obie strony (kler i Kaczyński) doskonale wiedzą, że znowu stworzono podziały w społeczeństwie i że ta burza była niepotrzebna. Co z tego, skoro jest już po fakcie. Z tragedii i pogrzebu zrobił się cyrk. Nie ma tego zaklinanego spokoju, nie ma kultury. Nawet ci, którzy apelują o uszanowanie decyzji o miejscu pochówku Prezydenta, przyznają tym samym, że są kontrowersje i jest szum. Nawet jeśli w tym punkcie mają rację, to przecież ci ludzie nie urwali się z choinki, tak samo jak pomysłodawcy pochówku na Wawelu. Mieli świadomość, co się z tym wiąże. Nie powstrzymało ich to. Nawet jeśli nie wywołali tej zasługującej na potępienie wrzawy, to nie zapobiegli jej. Przeciwnie, zgodzili się na to i nie drgnęła im przy tym powieka.
Zatem drodzy zniesmaczeni, liczący na jakąkolwiek poprawę poziomu debaty publicznej w Polsce: przykro mi, to się nie stanie. Hucpa posmoleńska jest najlepszym dowodem na to, że dla naszych „wybrańców narodu” nie ma żadnych granic, żadnych świętości, których by nie splugawili i nie sprobowali wykorzystać dla własnych celów. Może i była szansa – jeśli tak, to przepadła szybko, za szybko. Może to miała być tylko chwila ciszy przed burzą, za moment bedziemy bowiem mieli wybory. Ale nawet ta chwila była zbyt krótka, a i tak ją zmarnowano. Cóż, mało rzeczy boli tak bardzo, jak stracona nadzieja. I wcale nie czuję się lepiej z tym, że ja takiej nadziei na nieco niższy poziom tej rzeki fekaliów, jaka przepływa przez naszą politykę, nie miałem. Nie zmienia to bowiem faktu, że na górze są ludzie bez żenady babrzący się w gnojowisku i rozrzucający ten chłam na wszystkich dookoła. 


 

Nauki Jana Pawła II. Dzisiaj będę słyszał te frazy wielokrotnie, bez ustanku. Ludzie klepią to hasło bezmyślnie, mechanicznie, podobnie jak „santo subito”. Natomiast proszeni o rozwinięcie tej myśli – pustka, klapa, klęska. Nie potrafią. Choćby wyartykułować. Tym bardziej zastosować, bo choć co chwila katolicy w tym kraju międlą na wszystkie sposoby teksty o „religii pokoju”, jakoś nie widać tego pokoju w ich życiach. Karol Wojtyła może i miał kontakt z ludźmi, może i lubił ich, dobrze się z nimi dogadując. Nie zmienia to faktu, iż większość jego pontyfikatu, tak samo jak jego wybór, to zagrywka czysto propagandowa. Chodziło przede wszystkim o powstrzymanie nurtu reformatorskiego w Kościele Rzymskokatolickim i Wojtyła, jako konserwatysta, nadawał się do tego świetnie. Poza tym pochodził z kraju, gdzie religia nie miała (delikatnie rzecz ujmując) najlepszej pozycji w państwie i samo to miało potężny oddźwięk propagandowy. Stąd się ukuło „nasz papież”. I w zasadzie tylko dlatego jest on wciąż pamiętany. Czy ktoś w Polsce kojarzy, co takiego zrobił, dajmy na to, Pius IX? Leon XIII? Jan XXIII? Paweł VI? Chyba tylko ci, którzy się tym interesują. Te dwa ostatnie miana są tym ważniejsze, iż przybrał je, na pamiątkę tych dwóch reformatorów, Jan Paweł I. Bezpośredni poprzednik „naszego”, który stał praktycznie na drugim biegunie moralności katolickiej. Więcej – niektórzy uważają, iż gdyby żył on dłużej, być może nawet KRK przestałby się sprzeciwiać aborcji. Niestety – 33 dni pontyfikatu to za mało na takie plany.
Jan Paweł II, pomimo swojego ciepła, nie chciał nawet słyszeć o kapłaństwie kobiet, podobnie o aborcji czy antykoncepcji metodami innymi niż naturalne. Gdzieś miał to, że w Afryce szaleje HIV. Nie i już! Podobnie narobił
o wiele więcej błogosławionych i świętych niż ktorykolwiek inny papież, w tym kanonizował tak wątpliwe moralnie postacie jak matka Teresa z Kalkuty czy Josemaria Escriva. Za zasługi… niestety jedynie dla katolicyzmu. Skandale pedofilskie wśród kleru też były szybko i skwapliwie uciszane, choćby sprawa Paetza. Tak, „papież młodych” krył tyłki tym, którzy tych młodych krzywdzili w wyjątkowo obrzydliwy sposób.
Z drugiej strony krytykowany był za tzw. ekumenizm. A czy to rzeczywiście tak dużo wymaga, aby okazać innym wyznaniom szacunek? Po prostu zwykły szacunek??? Najwidoczniej to za dużo dla tych, co lubią przekonanie, iż ICH religia jest jedyną prawdziwą, a pozostałe (jako fałszywe) zasługują jedynie na wzgardę. Usadźcie takiego kogoś w kraju arabskim i zmieńcie mu wiarę na islam (podejście do innych wiar zostawcie takie samo), to w zasadzie otrzymacie osobnika odpowiadającego wizerunkowi typowego terrorysty. Co powstrzymuje przeciwnika ekumenizmu od atakowania innych wyznań czymś więcej niż słowami? Być może to, iż tacy jedynie w gębie bywają mocni?
Ekumenizm i przyjazne podejście do wyznawców to spadek dla Josepha Ratzingera, znanego jako Benedykt XVI. Jeszcze bardziej konserwatywnego niż poprzednik. Dlatego też został wybrany. B16 nie ma ułamka tej zdolności do kontaktu z ludźmi co Jan Paweł II. Męczy się na spotkaniach publicznych, cierpi, ale musi. Ustanowiono pewien zwyczaj, standard, którego teraz nie można porzucić. Papiestwo nie może się już zamykać w murach Watykanu i stamtąd zawiadywać katolicyzmem. Nie da się, już nie dzisiaj. Trzeba także jeździć i rozmawiać z prawosławnymi, judaistami, muzułmanami, kto wie z kim jeszcze. Niemniej konserwatyzm moralny pozostaje (znowu Afryka), podobnie jak niechęć do przyjęcia odpowiedzialności za koszmar, jaki wielu dzieciom fundują zboczeńcy w sutannach, w karygodny sposób nadużywając ich zaufania. Powoduje to, iż Kościół coraz bardziej nie przystaje do zmieniających się czasów. Jest po prostu coraz bardziej zacofany. I to zacofanie, w połączeniu z butą, pazernością i radykalizmem moralnym, powoduje skutek, który występował od dawna, niemniej coraz bardziej nasila się i staje się widoczny. Kościół i religia przestają być wzorcami i wyznacznikami moralności; powoli ludzie przestają ich słuchać, a zaczynają sami myśleć. Wiara jest w odwrocie, po części dzięki (niezamierzonym, co prawda, ale jednak) wysiłkom Jana Pawła II i Benedykta XVI. Mieli oni utrzymać status quo i umocnić Kościół. Udało im się to tylko częściowo, bowiem uczynili tą strukturę tylko bardziej skostniałą i przez to bardziej odpychającą. Może i za Jana Pawła II 300 mln ludzi (tyle co USA) przeszło na katolicyzm, jednak jego następca na dobre odrzuca ludzi od KRK. Papież Polak nie musiał się jeszcze mierzyć z narastającą falą kryzysu wiary. Miał szczęście. Papież Niemiec przyjmuje na siebie całą siłę tej fali.

Czy Ratzinger kontynuuje nauczanie Jana Pawła II? Nie nazywajmy tego nauką, bo nauka jednak opiera się na wiedzy, a nie bliżej niepotwierdzonym przekonaniu o istnieniu czegoś lub kogoś, oraz kopiowaniu i swobodnej interpretacji fragmentów książki, którą uważa się za świętą. Czy podąża jego drogą? W kwestii twardego konserwatyzmu – zdecydowanie tak. Podobnie jak poprzednik spycha Kościół ku wstecznictwu i degrengoladzie, nawet tego nie widząc. W kwestii kontaktu z ludźmi – niezbyt, bo chociaż musi wychodzić do nich, to ewidentnie nie radzi sobie z tą rolą. Nie umie rozmawiać z wyznawcami, nie ma z nimi takiego porozumienia, jakie miał Jan Paweł II. To dodatkowo pogłębia spadek zaufania do Kościoła. Ta instytucja ma poważny problem. Tak z nieprzystawaniem do realiów współczesnego świata, jak i z człowiekiem, który obrał fatalną taktykę kierowania nim w „trudnych czasach”. Nic to, zawsze są liberałowie, heretycy i ci, którzy myślą własnym mózgiem. Na nich można zwalić winę. Szkoda tylko, że to nie pomaga…

47,47%. Niecała połowa. To jest oficjalna frekwencja w PO-wskich prawyborach. Podobna do polskiej średniej, może trochę wyższa. Różnica jest jednak taka, że większość rodaków, z autorem tego tekstu włącznie, nie posiada członkostwa w partii politycznej. Dlaczego? Być może dlatego, że:
nie chcemy się tym zajmować, mamy swoje życie i plany, brakuje nam linii politycznej i związanej z nią wizji zmian, nie odpowiada nam żadna z obecnych partii, polityka nas odpycha, itd. itp.
Chwileczkę! Nikt nikomu nie przykłada noża do gardła czy lufy do skroni i nie każe wstępować do jakiegokolwiek ugrupowania – A MOŻE SIĘ MYLĘ? Jeśli ktoś jest członkiem jakiejś partii, to musiał się tam znaleźć z własnej woli, i to nie dlatego, że rozdawali długopisy przy wejściu. Ja osobiście, jeśli już miałbym do jakiejś frakcji wstąpić, najpierw zastanowiłbym się, czy i co w niej mogę zdziałać. Tak, zdziałać. Być może jestem reliktem przeszłości lub totalnym naiwniakiem, ale słowo „działacz” oznacza dla mnie kogoś, kto coś, gdzieś i dla kogoś robi. Kogoś, kto interesuje się wydarzeniami mającymi miejsce w jego otoczeniu i nie tylko. Kogoś, kto… zabiera głos wtedy, kiedy może, a już na pewno wtedy, gdy się go o coś pyta.
I tu zadaję pytanie: czym się te 52,53% członków PO różni od tych ludzi, którzy przy wyborach (z różnych powodów, przede wszystkim ze względu na nikłe poczucie wartości swego głosu i jego wpływu na możliwość przyczynienia się do jakichkolwiek zmian) oddają pole ludziom aktywniejszym? Chyba jedynie większą ilością hipokryzji – patrz poprzedni akapit. Dlaczego tak sądzę? Bo ludzie owładnięci marazmem na tle politycznym nie zapisują się do organizacji, tym bardziej politycznych. Zrozumiałbym jeszcze, gdyby po drodze stracili zapał – ale w takim razie powinni wypowiedzieć członkostwo! Jeśli ktoś ma tkwić w grupie, która nie przystaje do jego poglądów – cóż, jest po prostu tchórzem, hipokrytą i żałosnym konformistą. Jeśli nie wystąpi, nie jest godny mej uwagi.
To rzekłem i będę tego zdania bronił na ubitej ziemi.
Niemniej 24 tysiące platformersów dało ciała, wykazując swój brak aktywności. Szczerze mówiąc, chciałbym dowiedzieć się, czy członkowie tej partii, pochodzący z mojego regionu, zaliczają się do głosujących, czy nie. Ja, jako pozaplatformiany wyborca – szaraczek, pewnie nigdy nie poznam odpowiedzi na to pytanie, a przynajmniej nie będzie ona szczerą. Który bowiem delikwent otwarcie w oczy powie mi, iż nawet z własną frakcją się nie utożsamia i nie chce decydować o jej losach? I co z takim zrobić? Sorry Batory, TY miałbyś liczyć na mój głos? Nie rozśmieszaj mnie. A jak chcesz mnie przekonać, że o interes MÓJ jako WYBORCY miałbyś się troszczyć, skoro nawet wśród swoich nie walczysz?
Ci jednak, co w Platformie liczą głosy, byliby w stanie poznać tożsamość niegłosujących. Ba, w każdych wyborach da się to zrobić. Idąc do lokalu wyborczego i biorąc kartę do głosowania (bo głosuję zawsze, od kiedy mam uprawnienia), kwituję ją przecież podpisem i okazuję dowód osobisty. W tym momencie potwierdzam swoje uczestnictwo. Kto nie głosował? Ten, czyj podpis nie widnieje przy liście mieszkańców. Proste jak drut. Czy Platformę stać na to, by tymi dwudziestoma czterema tysiącami wstrząsnąć i zapytać, CO ONI W OGÓLE ROBIĄ W PO? Poza tym można było głosować przez net, a głosy oddawało się przez dobre parę tygodni, wymówek zatem nie ma. Czy PO woli mieć mniejszą grupę członków, ale aktywnych, czy masówkę ludzi, którzy jedynie są i robią za część sporej liczby? Mnie osobiście to drugie nie cieszyłoby jako przywódcy, ale nie ja jestem Tuskiem. Ten z kolei powinien chyba pomyśleć nad partyjnymi „dołami”, pracującymi w terenie na MEP-ów, posłów, senatorów czy nawet radnych. Stawiałbym bowiem w ciemno, że to ci bez funkcji olali prawybory. Czy oleją wybory? I czy w ogóle będzie im się chciało w jakikolwiek sposób działać dla swej frakcji? Kto wie. Być może za chwilę po legitkach „martwych dusz” przejedzie się kosiarką partyjna wierchuszka. Na dobrą sprawę, czas najwyższy, chyba że kierownictwo prosi się o partyjny kryzys.

PS. Konkurencji radziłbym nie cieszyć się tak bardzo z tego, że Platforma od wewnątrz jednak okazała się być „ciamciaramcią”. Eksponowana w mediach „góra” być może cieszy się, że pracują na nią zapomniane i słabiej rozwinięte „doły”, te jednak wcale nie muszą być z tego zadowolone. Zamiast się śmiać, szukajcie własnych problemów. Być może już je macie.


  • RSS